Kreteńskie perełki – Gramvousa i Balos

Chociaż Kreta sama w sobie, choćby z racji rozmiarów, jest pełna miejsc do odkrycia, to nie sposób się oprzeć tym magicznym miejscom w jej okolicach.

Gramvousa i Balos od początku planowania wyprawy na Kretę były punktami koniecznymi do odhaczenia. Wybrałyśmy się na jednodniową wycieczkę w okolice zatoki Kissamos, skąd odpływają statki rejsowe właśnie w kierunku wyspy Gramvousa i laguny Balos. Położone są one od zatoki o odpowiednio około godzinę i godzinę piętnaście od zatoki. Jednak w dniu naszej wycieczki pogoda spłatała ogromnego figla – spadła pierwsza prawdziwa ulewa od… maja. Boki pozrywane, jak pech to pech. Nie mniej, wycieczka nie została odwołana, a fale na morzu stanowiły dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Poczułam namiastkę tego, co zapewne goście Titanica. 😛

Pierwszy przystanek zaliczyliśmy u „Pana Nicosa”, który handluje własną oliwą, raki oraz… serami od swoich piękności. 😀 Chyba tego lata ewidentnie zgłupiałam na punkcie kóz i owiec!

Gramvousa

W pierwszej kolejności popłynęliśmy w kierunku Gramvousy statkiem nazwanym, a jakże inaczej, Gramvousa. 😉 Po drodze można było podziwiać imponujące wybrzeże zatoki, które stopniowo wędruje ku górze, czego ślady widać na zboczach skał.

Kiedy statek dotarł do brzegu, na szczęście się przejaśniło, choć niezupełnie. Wszyscy jak jeden mąż rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyt pozostałości po weneckiej twierdzy z XVI wieku. Dlaczego pozostałości? A to ciekawa historia, ponieważ w 1588 roku piorun uderzył w prochownię twierdzy. Jebło i zostało to, co można podziwiać do dzisiaj. 😀 Na szczyt wiedzie kamienista, stroma ścieżka. Muszę przyznać, że zgodnie z tym co słyszałam i czytałam, jest ona faktycznie dosyć niebezpieczna, w dodatku było tuż po ulewie, więc glina i kamienie były mokre. Pańciom w japoneczkach zdawało się to nie przeszkadzać, ale jednak polecam sportowe buty. Generalnie każdy miał w dupie, że ktoś może nie ma ochoty zasuwać tempem sprintowym, w dodatku w tak niebezpiecznych warunkach. Na przykład boidupa jak ja.

Mi tam życie miłe i jednak jestem tchórz… Mimo pewności, że po tym lecie jestem gotowa skoczyć ze spadochronem, to jednak odwaliłam akcję Paryż 2013, kiedy to speniałam przy drugim piętrze, zdobywając wieżę Eiffla – w 3/4 drogi nogi zrobiły mi się jak z galarety i sparaliżował mnie strach. No niestety, walka z moim lękiem wysokości musi poczekać. Małe kroczki!

Ten „kroczek” pod górę jednak był na tyle duży, że miałam już całkiem niezłą panoramę. Trzymając się kurczowo skały, udało mi się pyknąć parę zdjęć, chociaż na pewno nie tak imponujących jak te z samego szczytu. E tam, przynajmniej mam po co wrócić! 😛 Swoją drogą, zejść mi pomagał jakiś bardzo miły pan. Dziękuję, że nadal mam wszystkie zęby. <3

 

Dodatkową atrakcją wyspy Gramvousa jest wrak statku osiadłego na mieliźnie. Jest to statek, który przewoził cement i napotkał wiele przeciwności losu na raz – najpierw złe warunki pogodowe, potem stratę kotwicy, kończąc na zalaniu maszynowni. No i tak leży sobie już dobre kilkadziesiąt lat, a z roku na rok nieco go ubywa. Peszek.

 

Laguna Balos

Balos leży jakieś piętnaście minut od Gramvousy. Jest to autentycznie namiastka raju. Jeśli ktoś ja ja marzy o wyprawie na Malediwy i inne takie-takie, to Balos jest jak znalazł. Po to, żeby złapać większą motywację do realizacji planu.

Krystalicznie przejrzysta woda w odcieniach turkusu, biały piasek z pasmem różu wzdłuż brzegu i do tego górzysty teren dookoła. Naprawdę jest czym sycić oczy i kurczę, ile czasu bym tam nie spędziła, myślę, że i tak byłoby mi mało. Musicie coś takiego zobaczyć na własne oczy, bo żadne zdjęcia nie oddadzą tego, jak odczuwa się to na żywo.

Na koniec zapraszam Was do obejrzenia vloga z tej wycieczki – wiało jak cholera, deszczowe chmury nas nie opuszczały, ale i tak było cudnie. I to wszystko widać na filmie.

 

 

 

 

 

1,263 total views, 6 views today

Ola

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.