To nie miał być blog

Rękami i nogami się zapierałam, żeby to miejsce nie było nazywane blogiem (-Jak tam twój blog? -To nie blog, tylko strona! wrr), ale jednak zdecydowałam się utworzyć go jako element strony. Primo- dobrze jest mieć gdzie wynotować swoje doświadczenia które- tu drugie primo- mogą się okazać przydatne dla kogoś innego z tym samym problemem. Z tego co się orientuję, to jest to nisza póki co niezajęta, tak więc uznajmy, że *ta-daa* staję się blogerką.

Pierwszy wpis powinien wnieść coś faktycznie merytorycznego i potrzebnego w takim miejscu, dlatego na pierwszy ogień zapraszam na lekturę historii mojego życia w kontekście zagadki przybywających kilogramów w miejsce ubywającej radości życia.

Od dzieciaka byłam pyzą, każdą rozłąkę z rodzicami rekompensowano mi ptasim mleczkiem, a rozłąka była zasadniczo ciągła. Jak ciut podrosłam i pytałam dlaczego mi jako maluchowi dawano tyle słodyczy, to usłyszałam odpowiedź „bo chciałaś”… Które dziecko by nie chciało, szczególnie jeśli nauczyło się, że szantaże są skuteczne? 😉

Wraz z wiekiem dziecięcy tłuszczyk zniknął, ale nie tylko dzięki procesowi dojrzewania, a częstym w tym trudnym okresie zaburzeniom odżywiania. Popadałam ze skrajności w skrajność do końca 1 klasy liceum. Dzisiaj mówić mi o tym jest łatwo, bo wiem, jakie to było durne, ale wtedy byłam pewna, że jestem gruba i nieforemna… Teraz bym się dała pochlastać żeby tak wyglądać. Łatwo przybierałam na wadze, ale równie łatwo też na niej traciłam.

b1

Problemy zaczęły się na pierwszym roku studiów, kiedy to zaczęłam studiować weterynarię. Ogrom stresu i nauki mnie przytłoczył, każdorazowo do nauki potrzebowałam mieć coś słodkiego pod ręką, przestałam trenować taniec (wcześniej tańczyłam non-stop od 4 roku życia). Zanim się obejrzałam, przytyłam około 20 kilogramów.

b2
puci puci…

Po roku folgowania sobie i przerwy od treningów postanowiłam wrócić do tańca i się ogarnąć. Trenowałam intensywnie 3 razy w tygodniu i według mnie odżywiałam się super zdrowo, a o dziwo nie chudłam, może nawet w drugą stronę. W końcu poprosiłam o poradę koleżankę z dietetyki i okazało się, że jadłam praktycznie same węglowodany (sic! XD). Szybko wdrożyłyśmy plan naprawczy moich „prozdrowotnych” zapędów i po ok 3 miesiącach, z czego tylko pierwszy był bardzo restrykcyjny, wróciłam do podbijania parkietu i męskich serc 😀

b3

Wtedy naprawdę czułam się dobrze. Nie trzymałam się żadnego konkretnego planu treningowego, po prostu miałam postanowienie, że codziennie robię „coś”. Później przyszło lato, w międzyczasie wyleciałam ze studiów i wzięłam urlop dziekański, w czasie którego pracowałam jako lektor w Warszawie. Zaczęłam palić i często wypijałam piwo do kolacji. Długo nie trzeba było czekać, żeby znowu pojawiły się problemy z sylwetką.

_MG_6855

Poznałam miłość mojego życia (hej Kubuś!) i coraz więcej czasu spędzałam w objęciach jego ramion przy filmie i wszamce zamiast zrobić jakikolwiek trening, pomimo, że on jest totalnie zakręcony na punkcie siłowni i zdrowego żarcia. Wtedy myślałam, że po prostu mi to nie jest niezbędne, bo jestem całkiem szczupła. Znowu przestałam tańczyć. Słowo honoru, nie wiem kiedy znowu przytyłam. Od tamtej pory do dziś niewiele zmieniło się na plus, wahania były i w górę, i w dół, ale nic dobrego po drodze się nie działo. Zimą miałam już buzię jak księżyc w pełni, znowu multum obowiązków, stres na studiach, praca, dojazdy. W kwietniu rozpoznanie: hiperinsulinemia i insulinooporność przy wadze nowonarodzonego słoniątka. 😉

Od tamtej pory przeszłam już kawałek drogi, zeszło niecałe 10 kg, czuję się dużo lepiej i mam pewien spokój, że wiem już skąd były te wszystkie wahania wagi, oraz że mama nie miała do końca racji mówiąc „jedz wszystko, ale w mniejszej ilości”.

Mam nadzieję, że ta mała dawka ekshibicjonizmu zostanie ciepło przyjęta i myślę, że temat mojej „przygody” z HI i IO jest tematem na oddzielny, bardziej szczegółowy wpis. 🙂

Buziak!

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.